http://jachty.wordpress.com/
Też może się dziać :-)
Zapraszam na bloga o tematyce żeglarskiej, gdzie podzielę się z Państwem informacjami związanymi z moją pasją. Na blogu poruszam wszystko, co wiąże się z żeglarstwem i nie tylko (!). Gdybym sklasyfikował swoje miejsce w świecie żeglarskim, to zaliczać się będę do żeglarzy tzw "szuwarowych", tzn (w/g mnie) takich, którzy tylko wekendowo uprawiają żeglarstwo, dlatego szczególnie ich zapraszam do dyskusji (ale i "mistrzów" też). Mogą się trafić artykuły skandalizujące, więc może się dziać... :-)
wtorek, 21 lutego 2012
Czy "samotni żeglarze" mają jakieś "problemy"...?
| Problemy samotnych żeglarzy |
Na
egzaminie kapitańskim miałem za zadanie wykonać zwrot przez sztag na
jachcie dwumasztowym… ale bez dotykania steru. Chyba był to manewr
mojego życia, nie tylko ważny dla przebiegu samego egzaminu, ale
stanowiący kwintesencję samotnej żeglugi, albowiem na to, by płynąć
przez oceany trzeba się nauczyć tak prowadzić
jacht, by nie było potrzeby siedzenia przy sterze. Dla mnie był to więc
kolejny etap wtajemniczenia żeglarskiego. A gdy już raz zasmakowałem
samotności na oceanie bardzo mi się to spodobało.
Nieco
inną motywację prezentują „ściganci”, dla których regaty samotnych
żeglarzy są jedną więcej okazją do rywalizacji. Zamiast polegać na
zespole ludzi pokazuję, że potrafię wszystko zrobić sam. W regatach jak i
rejsach po rekord trzeba płynąć jak najszybciej, wybierać trasę
optymalnie, nigdzie się nie zatrzymywać i niczego nie oglądać,
najczęściej korzystając z pomocy tzw. routiera, który wybiera trasę pod
kątem najkorzystniejszej pogody i odpowiednie wskazówki przekazuje drogą
radiową.
Są
wreszcie i tacy, którzy widząc jak media traktują samotnych żeglarzy,
wypływają w rejs, by zdobyć sławę, a może i pieniądze. Taka motywacja
najczęściej nie rokuje dobrze i sława kończy się na zapowiedzi sukcesu, a
rejs na rafach - rzeczywistych albo przenośnych.
Strach
Jednym
z elementów samotnej żeglugi jest strach. Jacht ustawiony na
samosterowność będzie swój kurs względem wiatru utrzymywał jeszcze długo
po tym, jak żeglarz wypadnie za burtę. Jest więc strach przed
wykonaniem tego jednego kroku za daleko, pośliźnięciem się czy
straceniem równowagi. Noszenie szeleczek, wpinanie się w stałe elementy
takielunku, ostrożność w poruszaniu się po pokładzie swoją drogą, a
strach swoją.
Jest
również strach przed chorobą czy kontuzją, bólem zęba czy
niestrawnością, nadchodzącym sztormem czy nawet opadającym ciśnieniem,
które sztorm zapowiada. I dopiero, kiedy wiatr wyje w olinowaniu, a
barometr idzie w górę przychodzi radość, że najgorsze już minęło.
Tymczasem
żegluga trwa dzień po dniu i nic się nie dzieje. Być może organizm sam z
siebie wie, że pomocy nie będzie i powstrzymuje dolegliwości, które
kiedy indziej same by się ujawniły. Żeglarz nie zawsze jest w stanie
ocenić czy i co mu dolega. Leonid Teliga narzekał od początku swojego
rejsu dookoła świata na lumbago, w istocie była to choroba nowotworowa,
która po dwóch latach nie pozwoliła żeglarzowi powrócić do kraju pod
żaglami.
Po
kilku dniach lub tygodniach żeglugi oswajamy się ze strachem, a czasem o
nim zapominamy. Ale gdy zapomniałem o nim zupełnie i rozpocząłem po
trzydziestu prawie latach kolejny samotny rejs, wszystko powróciło.
Jedzenie
Z
braku wydarzeń w monotonii samotnego rejsu sprawy żywieniowe urastają
do rangi nadzwyczajnej, co można wyczytać z każdej relacji samotnego
żeglarza. Dziś powszechnie stosuje się produkty liofilizowane, by
oszczędzić na wadze i miejscu, natomiast co do różnorodności smaków tych
produktów istnieją różne, rozbieżne zdania.
Dawniej,
gdy trzeba było na dwa miesiące zabrać świeże jajka, sposób ich
konserwacji urastał do problemu epokowego. I takim że odkryciem było dla
mnie zrozumienie, że żółtko opada w białku około tygodnia zanim
przylepi się do skorupki i zacznie się psuć. Wystarczyło w cyklu
tygodniowym obracać niczym klepsydrę cały karton jajek, by przedłużać
ich świeżość do kilku miesięcy.
W
ostatnim rejsie trasą pasatową (czyli w wyższych temperaturach) byłem
mniej wyrafinowany w doborze jedzenia i jechałem na chińskich zupkach i
keksie.
Kuba
Jaworski pytany o to jak się żywił w czasie regat przez Atlantyk (trzy
tygodnie) odpowiedział, że nic nie jadł, bo zajmował się żeglugą. Sądząc
z barwnych opisów innych żeglarzy nie jest to regułą.
Przeżycia metafizyczne
Samotna żegluga to trwanie na pograniczu snu i jawy. Na
żeglarza czeka zawsze jakaś praca i czasami zmęczenie bierze górę. Przy
braku snu pojawiają się dość niepokojące zjawiska w postaci
halucynacji, niekontrolowanej utraty świadomości czy przedłużeniu czasu
snu ponad dopuszczalną miarę. Dość niedawno jeden z żeglarzy francuskich
przygotowujących się do Transatu wjechał na skały u brzegów Azorów i
dopiero wtedy się obudził. Z jachtu pozostały drzazgi.
Mnie
zdarzyło się zaspać, gdy jacht żeglował w bliskim sąsiedztwie brzegów
australijskich. Obudziłem się 3 mile od brzegu, jacht trzymał kurs
równoległy do plaży, bo tak został wcześniej ustawiony samoster, ale
gdyby wiatr zmienił kierunek wjechalibyśmy na brzeg.
Samotna
żegluga to nieustanna wachta i, jak zwykle na wachtach bywa, jest czas
pomyśleć o tym i o owym. Jest czas by snuć ambitne plany na przyszłość i
nic nie wydaje się stać na ich przeszkodzie. Co ciekawe, mimo
późniejszych przeszkód na lądzie, większość z tych planów udaje się
realizować, gdyż żeglarz uwierzył w swoje możliwości.
Seks na gołym pokładzie
Mankamentem
samotnej żeglugi jest… samotność. A nie każdy jest pustelnikiem. Snuje
więc samotny żeglarz różne wizje na temat tego co będzie robił, kiedy
już rejs się skończy albo chociażby dopłynie do najbliższego portu. Co
ciekawe, niektóre scenariusze miłosnych podbojów udaje się zrealizować,
bo - jak wcześniej powiedziałem - żeglarz uwierzył w swoje
nieograniczone możliwości. Z drugiej strony prawdziwy wilk morski
(niezależnie od tego jak bardzo prawdziwy) w dodatku „osmagany wichrami”
jest zawsze mile widziany w mieszanym towarzystwie. A nuż opowie jakąś
mrożącą krew w żyłach opowieść spod Przylądka Horn.
Póki
co żeglarz z utęsknieniem czeka na port, a później okazuje się, że w
skali priorytetów znacznie ważniejszy jest ciepły prysznic i dobry
obiad, a potem długi nieprzerwany sen. Dopiero potem żeglarz rozejrzy
się za towarzystwem i najczęściej kończy się to długą rozmową z
barmanką, która usłyszy zapewne rozszerzony życiorys, sprzeda parę
drinków i na tym się skończy.
Niektórzy
zapobiegliwi żeglarze i tę sferę życia potrafią zaplanować i na miejsca
etapowe swojego rejsu wysyłają swoje żony, przyjaciółki i znajome.
Depresje rejsowe i porejsowe
Długotrwały
rejs oceaniczny w sposób szczególny działa na psychikę żeglarza. Zły
nastrój czy wręcz depresję mogą spowodować błahe z pozoru przyczyny: nie
działający przyrząd, nieudana łączność radiowa, słaby postęp w
żegludze, brak wiatru. Faktem jest, że w czasie ciszy samoster nie
działa i utrzymanie kursu jest niemożliwe. Wprawdzie jacht nigdzie nie
płynie (co też denerwuje), ale fakt, że nie stoi dziobem we właściwą
stronę powoduje bezsilną wściekłość. Na to wszystko nakłada się rozkołys
martwej fali, hałas takielunku, trzaskanie żagli i poruszających się
przedmiotów i wtedy do szaleństwa brakuje już niewiele.
Gdy
długi rejs się skończył żeglarz przeżywa finałową ekstazę, ale wraz z
powrotem zaczyna się najcięższa ze wszystkich depresja. Gdy niezwykle
trudny cel został osiągnięty trzeba powrócić do zwyczajnego życia, pracy
przy biurku obowiązków zawodowych. Charakterystyczne jest to, że prawie
żaden z samotnych żeglarzy nie wraca po długim rejsie do tego samego
zawodu, tej samej pracy lub tej samej żony. Chętnie też pamięta się o
swoich szczęśliwych dniach na morzu zapominając o trudach przygotowań. I
przy planach kolejnego rejsu zaczyna się dramat: żeglarz, wbrew
pozorom, może mieć większe trudności niż przy pierwszym rejsie. Depresja
się pogłębia i w niektórych wypadkach, jak u Nigela Tetleya, prowadzi
do samobójstwa. W wypadkach łagodniejszych, jak u autora niniejszego
artykułu, pozostaje tęsknota za morzem.
Jeśli
prześledzić losy znanych samotnych żeglarzy, zawsze gdzieś przebija
nutka tragiczna. Trzeba o tym pamiętać i mieć nieco wyrozumiałości dla
byłych samotnych żeglarzy…
http://www.krzysztofbaranowski.pl/article_280.php
|
sobota, 18 lutego 2012
Człowiek "Żaba" ?
3
marca 1972 roku, około godziny 1:00 w nocy, w Loveland, w stanie Ohio
(USA) miało miejsce spotkanie z tajemniczą istotą nazywaną przez prasę
,,Człowiekiem - żabą". Miejscowy policjant, Ray Schocke jechał niedaleko
tamtejszej rzeki swoim służbowym samochodem. W pewnym momencie w blasku
świateł pojawiła się przedziwna istota, którą początkowo policjant
wziął za psa. Po kilku sekundach jednak zdał sobie sprawę z tego, że nie
jest to żadne zwyczajne zwierzę. Istota pokryta była gładką skórą
pozbawioną sierści, poruszała się na tylnych nogach w pozycji
wyprostowanej i miała pysk bardzo przypominający żabi. Zwierzę przez
chwilę patrzyło się w kierunku samochodu policjanta, po czym uciekło w
kierunku pobliskiej rzeki, po drodze przeskakując jeszcze przez
ogrodzenie oddzielające drogę od pobocza. Wstrząśnięty Schocke popędził
na komisariat po drugiego funkcjonariusza, Marka Matthewsa. Kiedy
obydwoje przybyli ponownie na miejsce spotkania, znaleźli tylko
niewyraźne ślady prowadzące w kierunku rzeki. Nie było to ostatnie
spotkanie z tajemniczym ,,Człowiekiem - żabą". Dwa tygodnie później, 17
marca, Matthews patrolował, tak jak to miał w zwyczaju, okoliczne drogi.
Nagle dostrzegł coś, co uznał za przejechanego przez samochód psa.
Kiedy zbliżył się do domniemanych zwłok, te poruszyły się i zaczęły
uciekać. Matthews z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że widzi
istotę z którą spotkał się jego partner. Zwierzę przeskoczyło przez
barierkę, cały czas patrząc na policjanta i znikło w ciemnościach.
Funkcjonariusz strzelił jeszcze do stwora, ale chybił, ponieważ strzał
nie przyniósł żadnego rezultatu. Podobne wydarzenia miały miejsce w 1938
roku w pobliżu miasta Juminda leżącego w Estonii. Przedziwny stwór,
przypominający olbrzymią żabę wzrostu około 1 metra, poruszającą się na
tylnich łapach i wyposażoną w wąskie usta i oczy, został zaobserwowany
przez dwoje świadków. Mimo że sposób poruszania się w pozycji
wyprostowanej wydawał się sprawiać jej ogromną trudność, istota zdołała
umknąć próbującym schwytać ją ludziom. Zbliżoną formę miało spotkanie,
które miało miejsce w 21 kwietnia 1977 roku. Około godziny 22.30
17-letni Bill Bartlett jechał do domu przez Dover (Wlk. Brytania), kiedy
nagle światła ich samochodu natknęły się na dziwną istotę. Zwierzę
miało 3-4 stopy wysokości, pozbawione było włosów i miało skórę koloru
brzoskwini. Stworzenie miało również nieproporcjonalnie dużą głowę o
kształcie melona. Na twarzy nie można było wyróżnić żadnych organów,
prócz pary wielkich oczu, jarzących się na pomarańczowo. Ciało było
drobne, ale z długimi i cienkim rękami i nogami. Stwór stał niedaleko
drzewa, którego trzymał się rozcapierzonymi palcami u rąk. Bartlett
później naszkicował to dziwne stworzenie, które zostało ochrzczone przez
prasę mianem ,,demona z Dover". Jego rysunek był niemalże identyczny ze
szkicami innych świadków. Mniej niż dwie godziny później istotę
zobaczył również 15-letni John Baxter. Oprócz tego miały miejsce również
dwie inne obserwacje w ciągu następnych 24 godzin, które nie powtórzyły
się już nigdy więcej.
Źródło: Znalezione na http://forumzn.katalogi.pl
czwartek, 9 lutego 2012
Tajemnica kręgów w zbożu...Wylatowo?
Każdy człowiek interesujący się zjawiskami paranormalnymi nieraz zastanawia się, co tak naprawdę jest przyczyną powstawania tych tajemniczych kręgów w zbożu? Wysuwa nieraz ciekawe i szokujące fakty. W każdej może być odrobina prawdy jednak nikt dokładnie nie opisał tego procesu tak żeby udało mu się przekonać wszystkich do jego teorii. I niestety nadal zostajemy tylko z przypuszczeniami. Bardzo interesujące i chyba najbardziej przekonywujące są relację świadków powstawania piktogramów*.
Tutaj trzeba wspomnieć o ciekawej relacji świadka, który był w samym centrum. Otóż przy pracy na budowie swego nowego domu o godz. 00.15 nagle zgasły wszystkie światła. Pan Jerzy Szpulecki nagle zauważył, że to nie tylko u niego, ale na całej ulicy, przy której pracował zabrakło światła. Zauważył także na niebie czerwone światło na niebie, które zbliżało się w kierunku pola uprawnego przed jego domem. Ów "światło" miało bardzo intensywną barwę a jego średnica wahała się w granicach 20m. W miarę zbliżania się tajemniczego obiektu Szpulecki zauważył także że nad nim wirowała tajemnicza biała mgła. Gdy obiekt znalazł się nad polem w odległości około 80m i dokładnie wprost jego okien "mgła" okazała się jakimś pozaziemskim pojazdem. W miarę zbliżania się obiektu ku Ziemi obiekt zdawał się powiększać swoją objętość, zachowując kulisty kształt. Gdy obiekt zbliżył się na odległość około 20m na zaczął wywierać na Pana Szpuleckiego coś w rodzaju ciśnienia, a gdy zbliżył się ku Ziemi pojawiły się iskry. Po wylądowaniu z jego środka wysunęły się ramiona, powoli odchylając się ku Ziemi. Nagle NOL* zaczął tak jasno świecić, iż Pana Janusza zaczęły boleć oczy. Wydawało mu się, że były cztery takie ramiona, takiej samej długości, były koloru błękitnego i wyginały się ku Ziemi. Jednak, co do ich ilości świadek nie był całkowicie pewien. Twierdził także, że obiekt po wylądowaniu został tam przynajmniej przez minutę.
Ponieważ nadal nie było prądu, Pan Szpulecki poszedł na górę by zabrać swój ręczny zegarek i ku jego zdziwieniu zegarek zatrzymał się na godz. 00.15, czyli wtedy, gdy zabrakło prądu i gdy zaczęła się cała obserwacja. Pan Jerzy wrócił do swojego pierwszego domu. Następnego ranka jego sąsiad poinformował go że na pobliskim polu znajdują się wygniecione w polu kręgi. Co więcej, wzór piktogramu* przypominał kształt tajemniczego obiektu który Pan Jerzy widział w nocy.
Trzeba także wspomnieć o tym że cała rzecz działa się w Wylatowie - miejscowości w Kujawsko-Pomorskim, w której od 2000 roku regularnie pojawiają się kręgi zbożowe.
Przedstawiłem ciekawą i jedną z najlepiej udokumentowanych relacji świadka obserwacji powstawania piktogramu*. Takie relację przekonują ludzi, którzy kręgi w zbożu traktują tylko za głupi żart, ale wszystko robi się znowu podejrzany gdy słyszymy opowieści typu : "widziałem jak oni wygniatali te kręgi, chyba nie myślicie że to UFO zrobiło". Właśnie, dlatego moim zdaniem jest na świecie więcej sceptyków niż wierzących, że w to zjawisko zamieszane są nadprzyrodzone siły.
Argumentami, które mogą świadczyć, że agroznaki to nie fałszerstwo to także liczne obserwacje kolorowych kul nad polami, zakłócenia pracy kompasu, zanik sygnałów telefonii komórkowej, czy zniknięcie obrazu z telewizji. Te fakty są nie do podważenia.
Ciekawe, zatem co przyniesie rok 2006 w tej sprawie? Czy badania posuną się do przodu? Czy będziemy wiedzieć coś więcej na ten temat? A może w tym roku w ogóle nie powstanie na terenie Polski żaden piktogram? W to wątpie i liczę na to, że liczne grono polskich ufologów z badaniami posunie się trochę do przodu!!!
Kręgi zbożowe(agroznaki, piktogramy) - kręgi powstające w zbożu prawdopodobnie po ingerencji tajemniczych sił nadprzyrodzonych.
NOL - Polski skrót od "Niezidentyfikowy Obiekt Latający"
Relacja Jerzego Szpuleckiego: Nautilus
Tekst: Paweł, www.ufoarea.ovh.org
26.02.2006
Tutaj trzeba wspomnieć o ciekawej relacji świadka, który był w samym centrum. Otóż przy pracy na budowie swego nowego domu o godz. 00.15 nagle zgasły wszystkie światła. Pan Jerzy Szpulecki nagle zauważył, że to nie tylko u niego, ale na całej ulicy, przy której pracował zabrakło światła. Zauważył także na niebie czerwone światło na niebie, które zbliżało się w kierunku pola uprawnego przed jego domem. Ów "światło" miało bardzo intensywną barwę a jego średnica wahała się w granicach 20m. W miarę zbliżania się tajemniczego obiektu Szpulecki zauważył także że nad nim wirowała tajemnicza biała mgła. Gdy obiekt znalazł się nad polem w odległości około 80m i dokładnie wprost jego okien "mgła" okazała się jakimś pozaziemskim pojazdem. W miarę zbliżania się obiektu ku Ziemi obiekt zdawał się powiększać swoją objętość, zachowując kulisty kształt. Gdy obiekt zbliżył się na odległość około 20m na zaczął wywierać na Pana Szpuleckiego coś w rodzaju ciśnienia, a gdy zbliżył się ku Ziemi pojawiły się iskry. Po wylądowaniu z jego środka wysunęły się ramiona, powoli odchylając się ku Ziemi. Nagle NOL* zaczął tak jasno świecić, iż Pana Janusza zaczęły boleć oczy. Wydawało mu się, że były cztery takie ramiona, takiej samej długości, były koloru błękitnego i wyginały się ku Ziemi. Jednak, co do ich ilości świadek nie był całkowicie pewien. Twierdził także, że obiekt po wylądowaniu został tam przynajmniej przez minutę.
Ponieważ nadal nie było prądu, Pan Szpulecki poszedł na górę by zabrać swój ręczny zegarek i ku jego zdziwieniu zegarek zatrzymał się na godz. 00.15, czyli wtedy, gdy zabrakło prądu i gdy zaczęła się cała obserwacja. Pan Jerzy wrócił do swojego pierwszego domu. Następnego ranka jego sąsiad poinformował go że na pobliskim polu znajdują się wygniecione w polu kręgi. Co więcej, wzór piktogramu* przypominał kształt tajemniczego obiektu który Pan Jerzy widział w nocy.
Trzeba także wspomnieć o tym że cała rzecz działa się w Wylatowie - miejscowości w Kujawsko-Pomorskim, w której od 2000 roku regularnie pojawiają się kręgi zbożowe.
Przedstawiłem ciekawą i jedną z najlepiej udokumentowanych relacji świadka obserwacji powstawania piktogramu*. Takie relację przekonują ludzi, którzy kręgi w zbożu traktują tylko za głupi żart, ale wszystko robi się znowu podejrzany gdy słyszymy opowieści typu : "widziałem jak oni wygniatali te kręgi, chyba nie myślicie że to UFO zrobiło". Właśnie, dlatego moim zdaniem jest na świecie więcej sceptyków niż wierzących, że w to zjawisko zamieszane są nadprzyrodzone siły.
Argumentami, które mogą świadczyć, że agroznaki to nie fałszerstwo to także liczne obserwacje kolorowych kul nad polami, zakłócenia pracy kompasu, zanik sygnałów telefonii komórkowej, czy zniknięcie obrazu z telewizji. Te fakty są nie do podważenia.
Ciekawe, zatem co przyniesie rok 2006 w tej sprawie? Czy badania posuną się do przodu? Czy będziemy wiedzieć coś więcej na ten temat? A może w tym roku w ogóle nie powstanie na terenie Polski żaden piktogram? W to wątpie i liczę na to, że liczne grono polskich ufologów z badaniami posunie się trochę do przodu!!!
Kręgi zbożowe(agroznaki, piktogramy) - kręgi powstające w zbożu prawdopodobnie po ingerencji tajemniczych sił nadprzyrodzonych.
NOL - Polski skrót od "Niezidentyfikowy Obiekt Latający"
Relacja Jerzego Szpuleckiego: Nautilus
Tekst: Paweł, www.ufoarea.ovh.org
26.02.2006
poniedziałek, 6 lutego 2012
Zatopione bogactwo ...
Diamentowy wrak
Witam, kilka słów ode mnie - tak jak uznaliśmy za wygodny sposób, aby opisywać w skrócie długi artykuł by unaocznić w czym jest rzecz. Artykuł ten dotyczy historii Diamentowego Wraku - jest to historia dawno zapomnianej podróży, historia statku Bom Jesus... Akcja oraz badania rozgrywają się głównie na południowym krańcu zachodniego wybrzeża Namibii, na którym to spoczywa całe bogactwo owej opowieści.
Pozdrawiam, Alexi.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Historia niezbyt często przypomina baśń. Proszę sobie jednak wyobrazić: pochodzący z XVI w. portugalski frachtowiec handlowy wiozący fortunę w złocie i kości słoniowej, kierujący się do jednego z legendarnych portów kolonialnych w Indiach, zostaje zepchnięty z obranego kursu w czasie gwałtownego sztormu u południowych wybrzeży Afryki. Wiele dni później sponiewierany i zniszczony okręt tonie w pobliżu tajemniczego, spowitego mgłami wybrzeża, usianego diamentami o wadze ponad stu mln karatów, a okrutna kpina losu kończy marzenia żeglarzy o osiągnięciu bogactwa. Żaden z rozbitków nie wraca do domu. Nie poznalibyśmy tej niewiarygodnej opowieści, gdyby nie fantastyczne odkrycie, do którego doszło w kwietniu 2008 r. na piaszczystych plażach Sperrgebiet. Są to oszałamiająco bogate, legendarnie niedostępne tereny zajmowane przez kopalnie diamentów firmy De Beers u ujścia rzeki Pomarańczowej, na południowym krańcu zachodniego wybrzeża Namibii.
Jeden z geologów pracujących w strefie wydobywczej U-60 natrafił na coś, co początkowo uznał za połówkę idealnie okrągłej skały. Gdy zaciekawiony spróbował ją wyciągnąć, uświadomił sobie, że trafił na sztabę miedzi. Na zwietrzałej powierzchni odkryto dziwny trójzębny znak, który okazał się być logo Antona Fuggera, jednego z najzamożniejszych finansistów renesansowej Europy. Takimi sztabkami w połowie XVI w. płacono za indyjskie przyprawy.
Nieco później pod piaskiem archeolodzy odnaleźli niewiarygodną liczbę podobnych sztabek - 22 tony. Odkryto także armaty i szable, kość słoniową i astrolabia, muszkiety i kolczugi - w sumie tysiące różnych artefaktów. A także złoto, całe garście złota - ponad 2000 solidnych złotych monet, przede wszystkim hiszpańskich excelentes ozdobionych wizerunkami Ferdynanda i Izabeli. Było też nieco monet weneckich, mauretańskich, francuskich oraz kunsztowne wyroby portugalskich mennic z herbem króla Jana III Aviz.
Jak dotąd jest to najstarszy i najcenniejszy z wraków znalezionych u wybrzeży subsaharyjskiej Afryki. Jego wartość w dzisiejszych dolarach trudno oszacować, jednak żaden ze znalezionych skarbów nie rozpalił wyobraźni archeologów z całego świata bardziej niż sam wrak: portugalski okręt z lat 30. XVI w. płynący do Wschodnich Indii, pochodzący z samego środka epoki wielkich odkryć, z nietkniętym ładunkiem i skarbcem, spoczywający przez 500 lat w piaskach wybrzeża.
- To niepowtarzalna okazja - twierdzi Francisco Alves, nestor portugalskich archeologów zajmujących się badaniami podmorskimi. - Nasza wiedza o tych statkach jest znikoma. To zaledwie drugi okaz wydobyty przez archeologów. Wszystkie pozostałe zostały splądrowane przez poszukiwaczy skarbów.
Na tym terenie poszukiwacze skarbów nie stanowią jednak problemu - Sperrgebiet, którego nazwa w języku niemieckim oznacza „zakazaną strefę”, to sam środek najbardziej strzeżonych terenów diamentonośnych na świecie. Zarząd firmy De Beers i rządu Namibii, wspólnie tworzący przedsiębiorstwo typu joint venture pod nazwą Namdeb, zawiesili wydobycie w okolicach miejsca, gdzie odkryto wrak, wezwali archeologów i przez kilka tygodni zamiast wydobywać diamenty, zajmowali się odkrywaniem historii.